Fotografia nie da się zjeść ani nie ogrzeje domu, czyli kilka niewygodnych prawd o sprzedaży i marketingu usług fotograficznych.

czwartek, 19 marca 2012 14:48
autor: Artur Ragan przy współpracy z fotografem Bogusławem Makarem
zajawka_kilka niewygodnych prawd

Fotografowanie stało się bardzo popularne. Powszechny dostęp do wygodnego i relatywnie taniego sprzętu cyfrowego sprawił, że niejednokrotnie sprzętem tej samej klasy posługuje się profesjonalista i zapaleniec-amator z nieco zasobniejszym portfelem. 

Przejdźmy zatem na chwilę do omówienia tej szerszej rzeszy – do amatorów. Efekt naciśnięcia spustu migawki widoczny po chwili na coraz lepszych ekranach lcd zachęca do robienia kolejnych fotek. Dzięki temu amator z ambicjami ma szansę na dość szybką edukację fotograficzną – niegdyś zobaczenie efektów swoich fotograficznych eksperymentów zajmowało dużo więcej czasu i kosztowało więcej. Na początek – klasycznie – zdjęcia z wakacji, rodzina przy grillu, impreza współpracowników z firmy. Są pierwsze pochwały – wszystkim zdjęcia się podobają, niektórzy nawet zachęcają do wysyłania fotek na jakiś konkurs, znajomi proponują robienie zdjęć na ich ślubie. No i zaczyna się – powoli rodzi się myśl – a czemu nie? Przecież mogę w ten sposób zarabiać! Po pierwszych fotografiach za pieniądze najczęściej przychodzi czas na dozbrojenie się w lepszy sprzęt i dalej już wszystko idzie z impetem – amator zaczyna stawać się zawodowcem.
To dość częsty scenariusz. Wiele osób decyduje się na taki zarobek. To dobrze czy źle?
Umocnienie się konkurencji dobrze wpływa na jakość, ale trochę gorzej z cenami. Pretendenci do zawodowstwa mają tendencje do niemiłosiernego obniżania cen na rynku usług. Do tego dochodzi przykry fakt, że spora ich rzesza nie prowadzi legalnej działalności gospodarczej – zatem „oszczędza” na podatkach i składkach oraz innych kosztach, w tym kosztach legalnego oprogramowania… Można postawić w tym miejsce pytanie retoryczne (oby niektórych zapiekło) – czy to aby uczciwa konkurencja?

Inną niezbyt pożyteczną praktyką, która się rozpanoszyła na rynku fotograficznym w ciągu ostatnich lat jest oddawanie klientowi plików źródłowych w pełnej rozdzielczości. Zwyczaj miły dla nieświadomego klienta, owszem, ale dla rynku jest niczym strzał we własne kolano. Po pierwsze – powinniśmy być wszyscy świadomi tego, że to odbitka, a nie plik, jest końcowym efektem pracy fotografa. To jak plik jest przygotowany, a następnie wydrukowany powinno być oczkiem w głowie prawdziwego profesjonalisty, który podpisuje się pod danym zdjęciem. Jeśli odbitka czy wydruk jest zły, należy go wyrzucić, to fotograf musi skontrolować jakość wykonania odbitki. Dając pliki źródłowe, zachowujemy się jak rzeźbiarz oddający klientom formę do odlewu, zamiast gotowego, dopracowanego pomnika. Efektem jest później stos byle jakich odbitek z najtańszego marketowego fotolabu. Czy to jest dobra reklama naszych usług fotograficznych? Warto wspomnieć, że klient, który wraca do fotografa po większą ilość profesjonalnie wydrukowanych autorskich odbitek, zostawi też kilka dodatkowych złotówek – a zatem można na jednej fotografii zarobić więcej niż raz. Warto też przekazać klientowi prawdę o odbitkach, każdy rozsądny człowiek wie, że taniej nie znaczy lepiej – to jest po prostu uczciwe postawienie sprawy.